Rozważymy zagadnienie modlitwy od strony naszej relacji do Boga. Będzie to próba zobaczenia na nowo tego co najistotniejsze w życiu chrześcijańskim, a co tak często umyka naszej uwadze. Będziemy mówili o miłości.
Spróbujmy najpierw uświadomić sobie, co miłość wnosi w codzienność naszego życia. - Popatrzmy na ludzi, których łączy miłość: na nowożeńców, na matkę pochylającą się nad swoim maleństwem, na miłującą się rodzinę. Widać w nich wewnętrzną radość, jakieś promieniujące szczęście.
Życie niesie każdemu z nas wiele trudów, cierpień, wyrzeczeń, ale gdy obecna jest miłość, wszystkie te doświadczenia inaczej się przeżywa - trudy nie wydają się takie wielkie, cierpienie łatwiej jest znosić, wyrzeczenia przestają sprawiać przykrość. - Zdarza się, że jedziemy na drugi koniec Polski, aby zobaczyć się z kimś, kogo kochamy. Wtedy ani trud podróży, ani niewyspanie nie są ważne, a często mało odczuwalne, wobec nadziei spotkania. I wracamy szczęśliwi. - Miłość bowiem uskrzydla, daje radość i jakąś wewnętrzną moc. Powoduje, że jesteśmy w stanie wiele udźwignąć - nawet podołać pracy, która wydaje się ponad siły.
Przyjrzyjmy się teraz rodzinie, w której małżonków nie łączy już wzajemna miłość - Stali się dla siebie obcy, a może nawet wrodzy. Każde żyje w swoim świecie. Załóżmy, że pomimo tej sytuacji, pragną utrzymać rodzinę np.: ze względu na dzieci czy z pobudek religijnych. Starają się też solidnie wypełniać swoje obowiązki.
Z pozoru wszystko wygląda jak najlepiej. Rodzina funkcjonuje sprawnie. Może nawet być postrzegana przez znajomych jako wzorowa. Ale jeżeli bliżej przyjrzymy się tej rodzinie, to zauważymy, że jest w niej mało radości. Co więcej, odczuwa się smutek i dziwny chłód we wzajemnych relacjach.
- Tam, gdzie nie ma miłości, nie ma radości ani prawdziwego szczęścia.
Rozważmy inny wariant. Oto jedna ze stron np. żona przestała już kochać swojego męża. Nie chce jednak tego okazać, więc ukrywa stan swojego ducha. Stara się być dobrą żoną, spełnia swoje obowiązki. - Może się zdarzyć, że któregoś dnia mąż, zasmucony, powie do niej: „Jesteś dla mnie dobrą żoną. Mam zawsze uprane koszule, podany obiad. Brakuje mi tylko jednego, jednej rzeczy mi nie dałaś - swojego serca”.
Miłość bowiem to nie tylko spełnianie obowiązku. To coś więcej. Miłość to także czułość i bliskość, to gotowość pomocy w potrzebie, to noszenie drugiego w sercu.
Dlaczego o tym wszystkim mówimy?
Otóż, istota miłości, zarówno w życiu rodzinnym jak i religijnym jest taka sama. Bóg jest Miłością. On kocha każdego z nas miłością nieskończoną. Kocha, bo jesteśmy Jego dziećmi; i pragnie odpowiedzi na swoją miłość, podobnie jak małżonkowie oczekują tego wzajemnie od siebie, a rodzice od swoich dzieci. To jest ich największe pragnienie.
Podobnie Bóg czeka z utęsknieniem na odpowiedź naszego serca. Czeka na nas tak, jak Ojciec na swego marnotrawnego syna, bo chce żyć z nami w relacji miłości tzn. aby nie tylko On nas kochał, ale abyśmy i my kochali Go całym sercem i całą duszą. Pierwsze i najważniejsze przykazanie mówi: „Będziesz miłował Pana Boga swego całym swoim sercem, całą swoją duszą i całym swoim umysłem” (Mt 22,37).
Zastanówmy się nad naszym życiem jako chrześcijan. Może jest tak, jak w opisanej wcześniej rodzinie? Wypełniamy nasze obowiązki religijne: odmawiamy pacierz, chodzimy co niedzielę na mszę św., staramy się podporządkować przykazaniom Bożym i kościelnym. Być może wkładamy w to wiele wysiłku, ale może zabrakło tego jednego, oddania Bogu swojego serca, szukania z Nim bliskiej więzi. Może robiąc wiele, nie miłujemy Boga? Jeżeli tak, to nie może w nas być tej radości i tego prawdziwego szczęścia, którego źródłem jest miłość.
Modlitwa jest rozmową z Bogiem, jest przebywaniem w Jego obecności. Jeżeli Boga nie miłujemy, to modlitwa musi być dla nas czymś bardzo trudnym. - Zastanówmy się, czy w przedstawionym małżeństwie przebywanie razem, gdy nie ma spraw do załatwienia, nie będzie rzeczą najtrudniejszą?
Podobnie może być z modlitwą. Gdy mamy do Boga jakąś sprawę, ciężko zachorował ktoś bliski, wówczas łatwiej się modlić, bo prosimy dla siebie o coś ważnego. Ale gdy trudności miną, znowu modlitwa staje się żmudnym obowiązkiem.
Zastanówmy się także, czy wymagania moralne życia chrześcijańskiego nie wydają się ciężkim jarzmem? A przecież Jezus powiedział – „...Jarzmo moje jest słodkie a moje brzemię lekkie” (Mt 11,30). Jego słowa są prawdą, ale Jezus mówi tu o jarzmie oraz brzemieniu miłości. To miłość sprawia, że wymagania moralne życia chrześcijańskiego przestają być niewolą i ciężarem, a modlitwa staje się oddechem życia i radością duszy.
Po zmartwychwstaniu Pan Jezus przekazał władzę pasterską w Kościele św. Piotrowi. Św. Jan tak to opisuje: „A gdy spożyli śniadanie, rzekł Jezus do Szymona Piotra: Szymonie, synu Jana, czy miłujesz Mnie więcej aniżeli ci? Odpowiedział Mu: Tak, Panie, Ty wiesz, że Cię kocham. Rzekł do niego: Paś baranki moje. I znowu, po raz drugi, powiedział do niego: Szymonie, synu Jana, czy miłujesz Mnie? Odparł Mu: Tak, Panie, Ty wiesz, że Cię kocham. Rzekł do niego: Paś owce moje. Powiedział mu po raz trzeci: Szymonie, synu Jana, czy kochasz Mnie? Zasmucił się Piotr, że mu po raz trzeci powiedział: Czy kochasz Mnie? I rzekł do Niego: Panie, Ty wszystko wiesz, Ty wiesz, że Cię kocham. Rzekł do niego Jezus: Paś owce moje” (J 21,15-17).
Zwróćmy uwagę, co było ważne w tym momencie. Pan Jezus nie pyta Piotra: „Czy zapamiętałeś wszystko co ci przekazałem?", ani „Czy będziesz Mi wierny?", ani nawet „Czy się Mnie więcej nie zaprzesz?". Pyta Go tylko o jedno „Czy Mnie miłujesz?”. Tylko to Go interesuje.
Jezus każdemu z nas zadaje to samo pytanie: „Czy Mnie miłujesz?” Nie pyta ciebie teraz: „Czy odmawiasz pacierz codziennie? Czy pościsz w piątki? Czy wypełniasz swoje obowiązki?” Kiedyś zada te pytania, ale teraz pyta tylko o jedno: „Czy Mnie miłujesz? Czy twoje serce należy do Mnie?”
- „Synu, Córko, Ja pragnę twojej miłości, twojego serca, bo ty sam jesteś mi najdroższy. Ciebie umiłowałem.”
Bóg kocha, kocha zawsze i czeka na odpowiedź naszego serca. Wspaniałym obrazem Boga, który zawsze czeka z pełnią swojej łaski i miłości jest przypowieść o Synu Marnotrawnym. "Pewien człowiek miał dwóch synów. Młodszy z nich rzekł do ojca: Ojcze, daj mi część majątku, która na mnie przypada. Podzielił więc majątek między nich. Niedługo potem młodszy syn, zabrawszy wszystko, odjechał w dalekie strony i tam roztrwonił swój majątek, żyjąc rozrzutnie. A gdy wszystko wydał, nastał ciężki głód w owej krainie i on sam zaczął cierpieć niedostatek. Poszedł i przystał do jednego z obywateli owej krainy, a ten posłał go na swoje pola żeby pasł świnie. Pragnął on napełnić swój żołądek strąkami, którymi żywiły się świnie, lecz nikt mu ich nie dawał. Wtedy zastanowił się i rzekł: Iluż to najemników mojego ojca ma pod dostatkiem chleba, a ja tu z głodu ginę. Zabiorę się i pójdę do mego ojca, i powiem mu: Ojcze, zgrzeszyłem przeciw Bogu i względem ciebie; już nie jestem godzien nazywać się twoim synem: uczyń mię choćby jednym z najemników. Wybrał się więc i poszedł do swojego ojca. A gdy był jeszcze daleko, ujrzał go jego ojciec i wzruszył się głęboko; wybiegł naprzeciw niego, rzucił mu się na szyję i ucałował go. A syn rzekł do niego: Ojcze, zgrzeszyłem przeciw Bogu i względem ciebie, już nie jestem godzien nazywać się twoim synem. Lecz ojciec rzekł do swoich sług: Przynieście szybko najlepszą szatę i ubierzcie go; dajcie mu też pierścień na rękę i sandały na nogi. Przyprowadźcie utuczone cielę i zabijcie: będziemy ucztować i bawić się, ponieważ ten mój syn był umarły, a znów ożył; zaginął, a odnalazł się. I zaczęli się bawić (Łk 15:11-24).
Zauważmy: to nie było tak, że syn najpierw odpracował to, co stracił, lub też w inny sposób zrehabilitował się przed ojcem, aby uzyskać jego łaskawość. Ojciec widząc powracającego syna bardzo się uradował, sam wybiegł mu na spotkanie, przyjął go do domu. Zaraz też kazał go przyodziać w odświętny płaszcz, pierścień i sandały, co jest symbolem przywrócenia mu godności synowskiej.
Syn wracał z pustymi rękami, wszystko roztrwonił. Nie miał nic na swoje usprawiedliwienie. Ale dla ojca najważniejsze było to, że powrócił.
Tak właśnie kocha Bóg. Kocha zawsze i niezmiennie pomimo naszych grzechów. I tak oczekuje na nasze powroty. Chce nam na nowo dać wszystko. Wystarczą słowa: „Ojcze zgrzeszyłem przeciwko Tobie”.
Grzech nie zamyka serca Boga, ale często zamyka serce człowieka. Uciekamy od Boga czując się niegodni Jego miłości lub nie wierząc, że On nadal może nas kochać. Ale Bóg kocha bez względu na to jacy jesteśmy i co uczyniliśmy. Boża miłość nie zależy od naszych czynów.
Często przychodzimy do Boga jako ludzie „doskonali” i chcemy aby On kochał nas ze względu na naszą „doskonałość”. Zdarza się, że dopiero grzech doprowadza nas do odkrycia, że miłość jaką Bóg nas obdarza, nie zależy od naszej cnoty, naszych zasług, ale wypływa spontanicznie z Jego serca. Boża miłość nie jest zależna od tego, co w nas znajduje. Jego miłości nie zdobywa się dobrym życiem. Oddaniem serca i dobrym życiem odpowiada się na Jego miłość.
Istotą chrześcijaństwa jest miłość. Chrystus umiłował nas do końca. Za ciebie i za mnie oddał swoje życie. Im bardziej otworzysz dla Chrystusa swoje serce, im bardziej zapragniesz całkowicie do Niego należeć, tym bardziej modlitwa stanie się potrzebą i radością duszy. I tak jak miłość do drugiego człowieka uskrzydla i jest źródłem szczęścia, podobnie miłość do Boga odmienia, sprawia że doświadczamy pokoju i radości, i niezwykłej siły ducha.