ŚWIADECTWO JADWIGI - wspomnienie o Walentynie
Ostatni raz Walentyna dosiadła się do mnie w Kościele w ostatnią Niedzielę lutego. Była szczęśliwa, gdyż był z nią syn Andrzej, który przyjął Komunię Świętą. Zauważyłam, że wyszczuplała – to była duża zmiana od ostatnich dwóch tygodni.
Zadzwoniła, zaraz po niedzieli, czy mogę do niej przyjść do domu. Mówiła, że odmówili jej chemii, ze względu na złe wyniki. Pojechałam do niej, była w łóżku, wstała i zobaczyłam jak strasznie jest wychudzona: kości i skóra. Z dawnej Wali został jej tylko jej piękny uśmiech i duże oczy, przy wychudzonej twarzy – były jak latarnie proszące: przychodź do mnie. Nie umiałam jej odmówić, zobaczyłam jaka jest bezbronna, spragniona obecności drugiej osoby. Wybrała mnie. Nie miałam czasu na myślenie o sobie, o mojej rodzinie. Masowałam jej schorowane ciało, a ona zamiast narzekania mówiła, czuję się jak w SPA, tak mi jest przyjemnie.
Wala mnie zadziwiała. Dopiero teraz mogłam ją lepiej poznać. Małe jej mieszkanie urządzone pięknie, ołtarzyk. Modliłyśmy się; zawsze przypominała, żeby zapalić w ołtarzyku świeczkę. Na początku modlitwa była dłuższa, głośna, potem codziennie krótsza i cichsza. Mówiła coraz ciszej, aż w ostatnie kilka dni przed hospicjum, głos miała tak słaby, że mówiła: „Jezu kocham Ciebie i jestem Twoja.” Ja modliłam się po cichu. Na początku było dużo intencji, w tym o ulgę dla cierpiących i dla niej. Potem też o dobrą śmierć dla umierających i dla niej. Wychodząc każdego dnia od niej żegnałyśmy się, mając nadzieję, że jutro się spotkamy.
Doświadczyłam co to jest kruchość życia. Walentyna z tej pełnej prężności i odwagi osoby – do końca pracującej, opiekującej się córką, synem – odchodziła spokojna, zadająca czasem pytanie jak dziecko: „Czy będę zbawiona?” Za chwilę mówiąca, że Tam ma już swoich, którzy czekają, a ona bardzo tęskni za mamą. Córka jej Olga wchodziła do jej pokoju ze łzami, kładła głowę na łóżko, płakała, a Wala głaskała ją w milczeniu, uciszała, a w ostatnie dni tylko trzymała rękę na jej głowie; na więcej nie miała siły.
Ok. 10 marca odtworzyłam jej Kasi świadectwo ze Szkoły Modlitwy. Prosiła, aby jej dwukrotnie dać posłuchać. Potem mówiła, że chciałaby dać swoje świadectwo. Zastanawiała się, co byłoby najważniejsze – tyle dobra doświadczyła. Nie miała już siły do pisania. W końcu uznałam i to jej powiedziałam, że Ona jest sama całym świadectwem. Codziennie oddawała się Jezusowi, zawierzała Maryi, zawierzała chorych, swoją rodzinę, Wspólnotę, Kościół Święty, modliła się za zmarłych. Swoje cierpienie łączyła z cierpieniem Jezusa i ofiarowała za nawrócenie grzeszników, zbawienie Dusz Czyśćcowych, za swoją rodzinę.
I tak jak na początku myślałam, że to ja jestem jej potrzebna (jak ten Cyrenejczyk), tak w trakcie tego całego czasu Pan pokazał mi moją przemianę. Zobaczyłam, że nie jest mi łatwo pogodzić się z wolą Pana. Za wszelką cenę chciałam po swojemu ją ratować, wlewać nadzieję, że to jeszcze nie koniec. A Wala była cała prawdziwa i ta prawda mówiła mi po co to fałszować. Mówiła: odchodzę, chcę abyś przy mnie była. W nas obie wstępował pokój serca, bez słów, widziałyśmy i czułyśmy, że Pan jest blisko, Matka Boża nas ogarnia, utula.
Jednego dnia zmieniałam powleczenia z kołdry i wyfrunęło dużo piór (białych), fruwały. Mówiłyśmy, że Aniołowie są wśród nas, patrząc na te pióra. Zrobiło się radośnie. Niby nic, a w chwili cierpienia Walentyny to było tak wiele; uśmiech, żarty.
Już od następnego dnia przyjścia do Walentyny, miałam nagłą potrzebę ubrania się ładnie, w spódnicę – ona oceniała, mówiła, że dobrze i ładnie. Sama myła sobie włosy, żeby były ładne, dbała co ma na sobie, przeglądała się w lustrach. Chciała, aby Ci, którzy do niej przychodzili, zastali ją zadbaną. Mówiła do nich przez telefon, żeby się przygotowali na zmianę jej wyglądu, żeby nie przeżyli szoku. W sercu każdego, kto ją odwiedzał, następowała zmiana. Współczuli jej sercem, a rozmowy prowadzili o życiu – była ciekawa co u nich. Choć czasem zwracałam jej uwagę, aby odmawiała im odwiedzin, mówiła: „To widocznie jest im potrzebne. Chcą mnie pożegnać i zobaczyć jeszcze żywą.” To było czasem dla niej męczące. Prosiła, aby nie było kilku osób na raz. Wycofywałam się do kuchni, aby miała swobodę ze swoimi gośćmi.
Najtrudniej było jej rozstać się z dziećmi. To ją trzymało przy życiu. Co będzie po jej odejściu z jej dziećmi. O tym mówiła. Uspokajałam. Mówiła, że już za pracą nie tęskni, bo nie ma już siły, choć chciała uszyć płaszczyk dla Olgi. Jak wchodziła do niej Pani Pietrzak rozpromieniała się, jakby jej przybywało sił.
W dniu zawiezienia Wali do hospicjum w czwartek przyszła Pani Pietrzak i dano mi do zrozumienia, że nie będę już dziś potrzebna. Gdy wychodziłam, Wala, choć była leżąca, podniosła się, uśmiechnęła. I wówczas we mnie coś pękło, poczułam czułość, dobro i świadomość, że w końcu Walentyna znalazła matkę „zastępczą – ziemską” dla swoich dzieci – To była Pani Pietrzak.
W czasie masowania jednego dnia Wala mówiła: „czy ja na pewno będę zbawiona, czy pójdę do nieba? Miała na szyi szkaplerz Matki Bożej, była zawierzona Maryi. – Mówię, przecież masz Matkę Bożą, Ona Cię w sobotę zabierze, jak obiecała. Zawsze się Jej oddajesz, zawierzasz.
Zmarła w sobotę o godz. 23⁰⁰ (i jak tego pragnęła, przebywała w hospicjum ostatnie 2 dni).
Tak wola Boża się wypełniła. Ze strony Walentyny nie było buntu, poczucia niesprawiedliwości. Odeszła cicho, pogodzona. Jej życie i odchodzenie zmieniło wszystko i każdego, kto do niej przychodził, o niej myślał. Do końca ewangelizowała. Do swojej przyjaciółki z Ukrainy (w środę) mówiła, że ma wielu swoich po drugiej stronie, którzy na nią czekają. Ona chciała już z nimi być. Miałam wrażenie, że jest czysta. Co to oznaczało nie wiem, myślę, że rozstawała się z życiem ziemskim nie zatrzymując nic dla siebie. Wracała do nieba.
Wspomnienie o Tadeuszu
Tadeusz Łagowski, jeden z członków założycieli naszego Stowarzyszenia, zmarł 19 czerwca 2025 roku. Przeżył 94 lata. Wielu z was nie zdążyło go poznać, bowiem stan zdrowia związany z wiekiem przez ostatnich kilka lat nie pozwalał mu bywać na spotkaniach.
Gdy odwiedzałam jego i jego żonę Zosię, najpierw witał mnie z radosnym uśmiechem, a potem pytał o Wspólnotę, o ludzi, o wydarzenia i zawsze zapraszał do modlitwy, by w Koronce lub Różańcu powierzać nas Bogu.
Pod koniec życia stawał się coraz łagodniejszy, pełen jakieś wewnętrznej radości, spokoju, ciszy…
Byłam kiedyś świadkiem gdy ktoś zrobił mu przykrość; uśmiechał się tylko łagodnie, spojrzał z miłością i nic nie mówił. Przypomniał mi wtedy słowa Jezusa „jeśli się nie staniecie jako dzieci… - bo Tadeusz stawał się coraz bardziej jak to ewangeliczne dziecko, pełen wewnętrznego pokoju i ufności,
Gdy lekarze powiedzieli mu, że nic już dla niego nie mogą zrobić bo jest zbyt słaby i chory powiedział: „niech się dzieje wola Boża” i dodał cicho „chciałbym tylko umrzeć przed Zosią”.
Stało się jak pragnął.
Umarł, szybko, w kilka sekund, przygotowując się do Mszy św., a było to w święto Bożego Ciała. Tego Sakramentu, który tak bardzo czcił.
Panie Jezu, dziękujemy Ci za naszą siostrę Walentynę i naszego brata Tadeusza. Dziękujemy Ci za ich życie. Za to że byli z nami, że mogliśmy ich poznać. Dziękujemy Ci za wszystko czym ich obdarzyłeś i za wszystko czym nas obdarzyłeś poprzez ich obecność. Dziękuję Ci Panie za Twoją miłość do nich, za to że ich odnalazłeś i prowadziłeś ku Ojcu aż do kresu ich życia.
Wieczny odpoczynek racz im dać Panie, a światłość wiekuista niechaj im świeci. Niech odpoczywają w pokoju wiecznym. Amen